Po obiedzie pani Ackroyd odprowadziła mnie na bok. Usiedliśmy na łóżku na którym leżała pościel bawełniana.- Muszę przyznać, że jestem nieco dotknięta - zwierzyła się, wyciągając chusteczkę, która z pewnością nie była prze­znaczona do tego, by się w nią wypłakiwać. - Dotknięta bra­kiem zaufania ze strony Rogera. Te dwadzieścia tysięcy fun­tów powinien był pozostawić mnie, a nie Florze. Można przecież zaufać matce, że będzie pilnowała interesów córki. Tak, nazywam to brakiem zaufania.- Zapomina pani - powiedziałem - że Flora jest rodzoną bratanicą Rogera Ackroyda. Gdyby pani była jego siostrą, a nie bratową, to z pewnością wszystko wyglądałoby inaczej.

- Jestem wdową po biednym Cecilu i moje uczucia po­winny być uszanowane -odparła dama, ocierając delikat­nie rzęsy chusteczką. - Ale Roger był zawsze niesłychanie dziwny, żeby nie powiedzieć: skąpy, w sprawach pienięż­nych. Dlatego sytuacja moja i Flory była tutaj straszna. Biedne dziecko nie otrzymywało nawet żadnej pensji. Ro­ger płacił jej rachunki, ale i to bardzo niechętnie, i zawsze pytał, po co jej tyle fatałaszków, jak to mężczyzna. Teraz f

znowu zapomniałam, co chciałam powiedzieć. O, już wiem, nie miałyśmy nigdy własnego pensa. Flora nad tym cierpia­ła, o tak, bardzo nad tym cierpiała, wiem dobrze. Chociaż była niesłychanie oddana stryjowi, naturalnie. Każda dziew­czyna cierpiałaby w podobnej sytuacji. Tak, tak, Roger miał dziwne podejście do spraw pieniężnych. Nie chciał nawet kupić nowych ręczników, chociaż mu mówiłam, że stare są całe w dziurach. I potem - pani Ackroyd w tak charaktery­styczny dla siebie sposób zmieniła temat - i potem, żeby tak nagle zostawić tyle pieniędzy, tysiąc funtów, proszę sobie wyobrazić, takiej kobiecie!- Jakiej kobiecie?- Tej pannie Russell. Coś w niej jest bardzo dziwnego, zawsze to mówiłam. Ale Roger nigdy nie pozwalał nic prze­ciwko niej powiedzieć. Mówił, że ona ma niebywale silny charakter i że ją podziwia i ma dla niej wielki szacunek. Za­wsze plótł o jej prawości, niezależności i zaletach moral­nych. A ja mówię, że coś w niej jest podejrzanego! Robiła wszystko, co mogła, żeby Roger się z nią ożenił. Ale ja się z tym szybko załatwiłam. Ona mnie nienawidzi. Oczywiste! Przejrzałam ją!Zacząłem się zastanawiać, czy nie można by jakoś zaha­mować potoku słów pani Ackroyd i ulotnić się.Z pomocą przyszedł mi mecenas Hammond, który chciał się pożegnać. Skorzystałem z tego i również wstałem.- Teraz jeśli idzie o rozprawę… - powiedział. - Gdzie pa­ni woli, aby się odbyła? Tutaj czy w gospodzie „Pod Trzema Dzikami”?Pani Ackroyd otworzyła usta i spojrzała na mnie.- Rozprawę? - Wyglądała jak uosobienie najwyższego pomieszania. - Czyż musi być rozprawa?Pan Hammond zakaszlał sucho i dwoma krótkimi szczek­nięciami odparł:- To jest nieuniknione. W tej sytuacji!- Ale przecież doktor Sheppard chyba mógłby tak zrobić, żeby…?- Są granice moich możliwości - odparłem szorstko. - Ale jeśli śmierć jest sprawą wypadku…?- Roger Ackroyd został zamordowany, proszę pani - od­parłem brutalnie.

Wydała cichy okrzyk.

- Teoria wypadku jest nie do przyjęcia nawet na sekundę! Pani Ackroyd patrzyła na mnie z rozpaczą w oczach. Nie czułem litości wobec czegoś, co uważałem jedynie za chęć wywinięcia się z niewygodnej sytuacji.

- Ale na tej rozprawie chyba nie będę musiała odpowia­dać na żadne pytania ani nic takiego, prawda? - spytała.

- Nie mam pojęcia, czy to będzie konieczne, czy nie - od­parłem. - Przypuszczam, że cały ciężar przesłuchania weź­mie na siebie pan Raymond. Zna dokładnie wszystkie oko­liczności i może formalnie stwierdzić tożsamość zmarłego.

Pan Hammond poparł mnie skinieniem głowy.

- Myślę, że nie ma się czego obawiać, droga pani - powie­dział. - Oszczędzi się pani wszelkiej nieprzyjemności. Aha, jeśli idzie o pieniądze. Czy ma pani dostateczną sumę na bieżące wydatki? To znaczy - dodał, gdy pani Ackroyd spoj­rzała na niego pytająco - czy ma pani gotówkę? Banknoty, rozumie pani? Jeśli nie, mogę polecić, by wypłacono pani potrzebną sumę.

- Chyba chwilowo wystarczy - odezwał się Raymond, któ­ry stał obok. - Pan Ackroyd podjął wczoraj z banku sto funtów.

- Sto funtów?

- Tak, na pensje i inne wypłaty w dniu dzisiejszym. Cała ta suma jeszcze została.

- Gdzie są te pieniądze? W jego biurku?

- Nie, pan Ackroyd zawsze trzymał pieniądze w sypialni. Mówiąc dokładnie, w starym pudełku do kołnierzyków. Dziwny sposób przechowywania gotówki, prawda?

- Przed wyjściem wolałbym się upewnić - powiedział ad­wokat - czy pieniądze nadal tam są.

- Oczywiście - zgodził się sekretarz. - Pójdziemy zaraz na górę! O! Zapomniałem, drzwi są zamknięte.

Parker zapytany wyjaśnił, że inspektor Raglan znajduje się w pokoju gospodyni, dodatkowo ją przesłuchując. Po pa­ru minutach inspektor zjawił się w hallu, przynosząc klucz. Otworzył drzwi, przeszliśmy do przedpokoju i stamtąd wą­skimi schodami na górę. Drzwi do sypialni Ackroyda były otwarte. Pokój był ciemny, zasłony zaciągnięte, a łóżko pozo­stawione z rozgrzebaną pościelą bez zmiany od wczorajszego wieczoru. Inspektor rozsunął zasłony, wpuszczając trochę słońca, Geoffrey Ray­mond zaś podszedł do najwyższej szuflady w komodzie z ró­żanego drzewa.

- Trzymał pieniądze tak zwyczajnie w niezamkniętej szu­fladzie? - zdziwił się inspektor.

Sekretarz zaczerwienił się lekko.

- Pan Ackroyd całkowicie ufał służbie.

- Rozumiem, rozumiem - powiedział szybko inspektor. Raymond wysunął szufladę, wyjął z’ głębi małe, okrągłe skórzane pudełko, otworzył je i wyciągnął nabity portfel.

- Oto pieniądze - powiedział, wydobywając pokaźny zwi­tek banknotów. - Cała setka. Jestem tego pewien, ponieważ pan Ackroyd chował te pieniądze w mojej obecności, ubie­rając się do kolacji, no a potem nikt ich nie ruszał.

Pan Hammond wziął pieniądze z rąk Raymonda i przeli­czył. Po chwili spojrzał uważnie na sekretarza.

- Mówi pan, że tu jest sto funtów! Ja doliczyłem się tylko sześćdziesięciu.

Raymond patrzył gapiowato.

- Niemożliwe! - wykrzyknął, rzucając się ku adwokato­wi. Wyrwał mu pieniądze i sam głośno przeliczył.

Pan Hammond miał rację. Było tylko sześćdziesiąt fun­tów.

- Ale… ja nie mogę tego zrozumieć! - Raymond był zu­pełnie zaskoczony.

Poirot zapytał:

- Pan sam widział, jak pan Ackroyd chował te pieniądze wczoraj wieczorem, kiedy ubierał się do kolacji? Czy jest pan pewien, że poprzednio nic z tej kwoty nikomu nie wy­płacił?

- Jestem pewien, że nie. Powtedział nawet: „Po co mam zabierać ze sobą na kolację sto funtów? Za gruby zwitek”. - A więc sprawa jest prosta - zauważył Poirot. - Albo dał komuś wczoraj wieczorem czterdzieści funtów, albo sumę tę ukradziono.