Otworzył drzwi baraku i wszedł zamykając je bez­głośnie za sobą. Cisza. Powoli postępował korytarzem. Mijając zamknięty pokój Gordonów, zatrzymał się i stał przez chwilę nadsłuchując. Cisza. Nie było tam nikogo. Zmarły leżał sam.

Zrobił jeszcze kilka kroków i uchylił drzwi jadalni. Nikogo nie brakowało. Siedzieli w różnych miejscach pokoju i w rozmaitych postawach: profesor z łokciami opartymi o stół, z głową w dłoniach; Pamela Gordon wyprostowana nienaturalnie, spoglądająca w okno, za którym ciemną, nieprzeniknioną noc przecięło właśnie białe wędrujące ramię blasku latarni morskiej (ktoś odemknął okiennicę - zarejestrował Joe odruchowo); Mellow, barczysty, bębniący krótkimi, grubymi pal­cami po stole, i Caruthers, wpatrzony w ruchy jego palców z wyrazem jak gdyby zdumienia na przystoj­nej twarzy; Mary siedząca obok Pameli i spoglądająca na nią spod oka, zapewne gotowa nieść pomoc, jeśli tylko zaistnieje jakakolwiek najmniejsza potrzeba, typowa dziewczyna z dobrego angielskiego domu, otwarta, szczera, chętna - i wreszcie Karolina, na­przeciw profesora. Odwróciła oto głowę i patrzy na wchodzącego z niemym pytaniem, a może prośbą?

Joe zamknął za sobą drzwi pokoju myśląc, jaka to może być prośba. Mellow powoli odwrócił głowę i spojrzał na wchodzącego. Alex usiadł. Nikt się nie odezwał. Caruthers smętnie pokiwał głową.

- Czy porozumiałeś się z… z lądem? - powiedziała wreszcie Karolina, łamiąc milczenie. Mówiła półgło­sem i z wysiłkiem, jakby słowa nie chciały jej przejść przez gardło.

- Tak. - odparł Joe równie cicho. - Jutro po po­łudniu przybędą władze i konsul brytyjski.

- Jakie władze? - Mellow spojrzał na niego spo­kojnie. W głosie jego nie było najmniejszych śladów napięcia. Był opanowany, jak gdyby nic się nie zda­rzyło.

- Policja, oczywiście. - Joe zawahał się i spojrzał w kierunku Pameli, która nadali siedziała patrząc w okno i najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z tego, co się wokół niej dzieje.

- Chciałbym - Alex -głęboko zaczerpnął powie­trza. Dostrzegł proszące Spojrzenie Karoliny i rozłożył ręce przepraszającym gestem - żebyście państwo zdali sobie sprawę z tego, że wizyta tych ludzi będzie dla nas bardzo niemiła. Będziemy musieli odpowie­dzieć na setki pytań, będą nas wszystkich podejrze­wali. Tego się nie da uniknąć. Dlatego… - urwał. Wstał i podszedł do Pameli Gordon. - Proszę pani, niestety, będziemy musieli mówić tutaj o sprawach bardzo bolesnych i… nie wiem, czy pani powinna być przy tej rozmowie? - Pamela odwróciła głowę i spojrzała mu w oczy.

- Proszę się mną nie krępować, Mr Alex. Będę się zachowywała rozsądnie. Przecież ja też tu byłam, kiedy on… Jestem panu chyba tak samo potrzebna jak inni?

Joe spojrzał na nią uważnie, potem skinął głową.

- Dziękuję pani. Zawrócił w kierunku stołu.

- A dlaczego sądzi pan, że musimy z panem roz­mawiać o tej sprawie? - Mellow lekko wzruszył ra­mionami. - Nie widzę powodu, dla którego mieliby­śmy roztrząsać teraz to, czym i tak będą musieli zająć się ci policjanci, z tą różnicą, że będą dręczyli nas oficjalnie i z obopólnej konieczności, a nie dla roz­rywki. Pan jest autorem powieści kryminalnych, prawda? Najprawdopodobniej ta sprawa jest dla pana znakomitą zabawą. Ale nie dla nas. Straciliśmy ko­legę, uwikłani jesteśmy w bardzo niemiłą aferę, która, gdy dostanie się do gazet, narobi mam wszystkim i naszemu Instytutowi masę kłopotów. Nie mówię już o profesorze, który jest kierownikiem tej ekspedy­cji - ruchem ręki wskazał Hugha Lee, który uniósł głowę i patrzył teraz na niego. - Przecież Robert był członkiem naszego zespołu i zginął podczas wyprawy. Oszczędźmy sobie wszystkiego, czego możemy sobie oszczędzić. Niech pan poszuka pola dla swoich do­ciekań gdzie indziej. Dość zbrodni popełniają pod każ­dą szerokością geograficzną o każdej godzinie dnia i nocy, żeby zadowolić pańskie zawodowe instynkty. Proszę mi wybaczyć nieuprzejmość, ale nie sądzę, że­by zachowanie pana było zupełnie poprawne.

- On jest zdenerwowany i dlatego jest taki opry­skliwy, ale… - Mary Sanders mimo woli rozłożyła ręce. - Naprawdę nie mówmy teraz o tym wszystkim, Mr Alex!

- Jesteście w błędzie! - Profesor Lee wstał. - Robert nie żyje… - głos załamał mu się lekko - i obowiązkiem nas wszystkich jest poznać prawdę związaną z jego śmiercią. Nie mówię tu o niczyich sprawach osobistych… - znowu w głosie jego za­brzmiało ledwo wyczuwalne drżenie. - Ale dla na­szego Instytutu, dla was wszystkich i… i dla mnie, konieczne jest poznanie prawdy. Kto wie, czy grecka policja potrafi ją wyświetlić? Ja naprawdę nie mogę zrozumieć, jak ta… ta potworność się wydarzyła? Pan Alex jest jednym z najwybitniejszych naszych specja­listów w dziedzinie kryminologii i skoro znalazł się tu pomiędzy nami, powinien otrzymać od nas pomoc. Proszę, niech pan nas pyta, Mr Alex…

Usiadł ciężko i znowu oparł czoło na dłoniach, jak gdyby wysiłek konieczny do wypowiedzenia tych kil­kudziesięciu słów był dla niego zbyt wielki.

- Oczywiście, jeżeli pan profesor sobie tego życzy, cofam to, co powiedziałem, chociaż nie wiemy nawet, czy zostało naprawdę popełnione morderstwo. - Mel­low wstał i ponownie opadł na krzesło.

Spojrzał na Alexa z takim wyrazem, jak gdyby chciał powiedzieć: „Cofam to, co powiedziałem, bo szanuję tego człowieka i zrobię wszystko, co on ze chce, ale nadal uważani, że roztrząsanie tych spraw nie ma najmniejszego sensu”.

- Proszę mi wierzyć, że zostało popełnione mor­derstwo. Co do tego nie mam najmniejszych wątpli­wości. A zajmuję się zbrodnią dlatego, że jej niena­widzę. I nie jest to dla mnie żadna zabawa. - Joe patrzył prosto w oczy Mellowa, który przygląda mu się teraz z pewnym zainteresowaniem. - Natomiast skłamałbym, próbując przeczyć, że odkrycie mordercy zawsze sprawia mi pewien rodzaj satysfakcji. Zbrod­nia bez kary była i jest jedną z największych klęsk naszego gatunku. Chciałbym, żeby pan to zrozu­miał, bo pańska współpraca będzie mi tak samo po­trzebna, jak współpraca pozostałych obecnych tu osób. Jeżeli pan odmawia, może pan to zrobić zupeł­nie swobodnie. Nikt, a najmniej ja, nie może pana do niczego zmusić.

Mellow odwrócił oczy.

- Powiedziałem już panu, że pomogę.

- Dobrze. Dziękuję panu. W takim razie przejdźmy do centralnego zagadnienia. Pierwsze moje pytanie będzie natury specjalistycznej, odpowiedzieć na nie może tylko archeolog.

Wstał i ruszył ku drzwiom, czując na plecach ich oczy. Otworzył drzwi swojego pokoju. Figurka leżała tak, jak ją pozostawił: na łóżku pod pościelą, starannie zawinięta w chustkę. Uniósł ją ostrożnie i powrócił do jadalni. Kiedy kładł posążek na stole, nawet Pamela odwróciła głowę i spojrzała. Potem przymknęła oczy.